aburmuszony celnik przegląda niedbale strony mojego nowiutkiego paszportu. Wygląda na to, że wstał lewą nogą i przeszkadza mu dziś nawet jego własna obecność. Nic nie mówi, przesuwa paszport w moim kierunku i macha ręką na następną osobę. Przechodzę „na drugą stronę”, zerkam przez ramię i w nerwowym oddechu powstrzymuję łzy. Wystarczy, że głośno płaczą Ci, którzy zostali. Płacze moja mama, obok płacze moja przyjaciółka, w domu płacze siostra. Płaczą, bo dociera do nich, że przez następne pół roku mnie nie zobaczą. Ja pękam dopiero w samolocie. Moją pierwszą, samotną podróż dookoła świata rozpoczynam smarkając w chusteczkę. Mijają dokładnie trzy lata odkąd wyjechałam z Polski. Z uśmiechem popijam pod palmą poranną kawę, otoczona chórem papug, które drą się od piątej rano. Zerkam na zegarek i przeliczam szybko, która godzina jest teraz w Polsce. To jedyna trudność, bo Australię i Polskę dzieli dość niewygodna różnica.

„Skype?”, wysyłam krótką wiadomość do mojej przyjaciółki. Dziesięć minut później się widzimy. Ona w Warszawie z lampką wina szykuje się do snu, ja w Brisbane, z kawą w ręku, staram się rozbudzić. Gadamy, jakbyśmy widziały się wczoraj. O wszystkim i o niczym. W sumie to widziałyśmy się kilka dni temu, co prawda na ekranach komputerów, ale to nie stanowi już dla mnie (i dla niej chyba też) większego problemu. Rozmowa klei się tak samo dobrze, jakby kleiła się w sytuacji „twarzą w twarz”, a czasem wydaje mi się, że nawet lepiej, bo jesteśmy się w stanie zdobyć na większą szczerość.

„Audiencja z dziećmi?”, pisze na Facebooku moja siostra. „No jasne, daj mi chwilę”, odpisuję i rzucam wszystko. Chwilę później przenoszę się do jej kuchni w Milanówku i siadam na wprost zajadających chrupki z mlekiem maluchów. Na początku lekko się krępują i patrzą na mnie ze zdziwieniem, trwa to jakieś 30 sekund. Potem opowiadają o szkole, przedszkolu, o nowych zabawkach, wycieczkach, o tym jak niegrzeczna jest mama i tata. Starszy przypomina, że mam pociągnąć Św. Mikołaja za brodę, żeby sprawdzić, czy jest prawdziwy, bo on ma wątpliwości. Nie przeszkadza mu to jednak w tym, żeby upewnić się, czy pamiętam, o co będzie prosił pod choinkę. Nagle znikają. Trzydzieści minut skupienia przed ekranem to ponad ich możliwości, ale tylko dzięki temu, że nasze audiencje odprawiamy regularnie, po półtora roku nieobecności w „realu” rzucają mi się na szyję. Jestem dla nich nadal tą samą ciocią, a nie jakoś obcą babą z drugiego końca świata.

Los tak chciał, że z podróży dookoła świata nigdy nie wróciłam. Po przejechaniu dziesięciu krajów, za głosem serca przeprowadziłam się do Australii. Mimo że wątpliwości miałam mnóstwo, to nie bałam się, że powstanie mur między mną a moimi bliskimi. Mur zbudowany z cegieł odległości i rozłąki. Moja półroczna, samotna wyprawa nauczyła mnie, że odległość nie ma już teraz takiego znaczenia.

Bo w tej podróży dookoła świata, również z miłości, zostałam podróżniczką-amatorką i blogerką na cały etat. Ten blog jest moim wiernym przyjacielem, przyjacielem któremu powierzam tajemnice, przyjacielem, z którym dzielę się swoimi przeżyciami. Został nim w podróży, jest nim do dziś. Jest moim łącznikiem z bliskimi i z nieznajomymi. Jest moją pasją i pracą. To dzięki blogowaniu gdziekolwiek rzuci mnie los mogę robić to, co kocham, mogę pracować tak, jak lubię, mogę żyć tak, jak chcę. Wystarczy mi komputer, tablet, telefon i sieć, do której mogę się podłączyć.

Swoje biuro, czy to zawodowe czy prywatne, mogę otworzyć wszędzie. Mogę pisać w środku lasu, w zatłoczonej kawiarni albo na bezludnej plaży. Nie muszę wiecznie siedzieć zamknięta w czterech ścianach, chociaż i takie chwile się zdarzają. Na przekór czasem olbrzymim dystansom wciąż jestem blisko tych, którzy są dla mnie najważniejsi. Bo pomimo że dzieli nas dziś ponad 14 tys. kilometrów, wydaje mi się, że jesteśmy po prostu po drugiej stronie miasta. Żyję trochę bez granic, w skurczonym do rozmiarów globusa świecie, nie bojąc się, że ten mur zbudowany z cegieł odległości i rozłąki kiedyś powstanie.